
Z chorymi
Chorzy zajmują istotne miejsce na wszystkich etapach życia Jana od Krzyża. Troszczy się o wszystkich zakonników i umie się dostosować do konkretnych potrzeb każdego. Ojcu Janowi od św. Anny, dręczonemu okropnym niepokojem na temat przeznaczenia, mówi rzeczy na pierwszy rzut oka konsternujące, które jednak uwalniają go od miłości własnej i od nadmiernego przejmowania się własną osobą. Tak samo w przypadku skrupułów lub jakichś szczególnych pokus umie zastosować odpowiednią kurację.
Jego troska o chorych ma w sobie coś charyzmatycznego, a przede wszystkim odznacza się bezgraniczną miłością. W 1580 cechy te przejawiają się w sposób szczególny. Jest to rok słynnego “powszechnego kataru”, który kosi niezliczone ofiary, wśród nich także w Medina del Campo Catalinę Alvarez, matkę ojca Jana.
Pewnego dnia ojciec Jan odprawiał właśnie Mszę w kościele w Beas, kiedy wpadł jakiś człowiek, krzycząc: “Spowiedzi, spowiedzi, umieram” Przyklęka na stopniach ołtarza i umiera bez słowa. Tego samego dnia, będąc pod wpływem tego przykrego wrażenia, ojciec Jan wraca do klasztoru w Baeza i zastaje całą wspólnotę w łóżkach. Jego przybycie zostaje uznane za opatrznościowe; jeden z chorych relacjonuje: “Gdyby nie przybył w tym momencie, kilku z nas umarłoby. O samym sobie mogę to powiedzieć z całą pewnością, ponieważ nie mogłem połknąć ani kęsa. On przybył bardzo przygnębiony”.
Ojciec Jan reaguje bardzo szybko i zdecydowanie. “Polecił podać chorym mięso, kazał gotować i sam je przynosił i zachęcał do jedzenia, nawet jeśli nie mieliśmy ochoty”. Po paru dniach wszyscy powrócili do zdrowia lub przynajmniej czuli się o wiele lepiej.
Z relacji zainteresowanych dowiadujemy się dalej, że terapia Jana, oprócz diety i troski o higienę, przewidywała też i inne elementy: “Opowiadał różne historie, aby ich rozweselić i zapewniał, że rozważanie spraw tego świata nie tylko nie jest zbyteczne, lecz wręcz przeciwnie pożyteczne, ponieważ cieszy i dźwiga chorych; mawiał nam, że możemy opowiadać różne zdarzenia bez problemu, ponieważ są przyzwoite i dowcipne”. Niestety, nie przekazali nam żadnej z tych opowieści.
Drugi z jego podopiecznych, także chorujący na “katar” w 1580, pozostawić nam miły portret Jana od Krzyża: “Był bardzo uczynny, szczególnie w stosunku do chorych i robił, co mógł, aby otoczyć ich opieką i dobrze traktować; nie zwracał uwagi na wydatki i sam chodził ich rozerwać, a nawet, jeśli było to konieczne, zachowywał się jak dziecko, aby im ulżyć. Podobało mu się, że chorzy słuchają muzyki, jeśli to mogło im pomóc i chciał, aby nie brakowało im niczego z rzeczy potrzebnych czy nawet niepotrzebnych. Jeśli widział, że nie mają apetytu, opisywał im wszystkie te potrawy, o których wiedział, że pobudzają apetyt, a gdy prosili o coś, nie będąc nawet pewni, czy zjedliby to, zdobywał to dla nich; jednakowo troszczył się o chórzystów i o braci konwersów”.
Ojciec Innocenty od św. Andrzeja, wielki przyjaciel Jana, mył sobie właśnie głową przed snem, gdy pewien młody student, z wysoką gorączką, dręczony majakami nie mógł zasnąć. Około trzeciej nad ranem ojciec Innocenty zasypia, chory wstaje i klaka przy łóżku. Ojciec Jan, chociaż polecił ojcu Innocentemu opiekę nad chorym, pamięta o nim. Nie może zasnąć. Wstaje i idzie odwiedzić chorego. Wchodzi do celi i zastaje chorego na klęczkach, a pielęgniarza pogrążonego we śnie. Ojciec Innocenty wspomina tę scenę i ton ojca Jana: “Zganił mnie ostro słowami, które mnie mocno zawstydziły”.